niedziela, 29 kwietnia 2012

19.04.2012, Jagórfest, Progresja, Warszawa

W wypadku takich imprez bardzo żałuję, ze nie jestem na bieżąco z notkami.

Idąc na Jagórfest, bladego pojęcia nie miałam na temat tego kto gra i kim oni są. Więc totalna niewiadoma, na która się mało co nie spóźniłam bo 154 raczyło nie przyjechać.

Tutaj już zaczęło być poważnie. Fosa - nie to co w HRC, 3 piosenki - nie tak jak w Hydro.
No to opaska na łapę, spina i jedziemy a potem słuchamy muzyki.
Układ idealny.


Tego pięknego czwartkowego wieczora zaprezentowały się 3 włoskie kapele (ach ci Włosi!).


Pierwsze rzuciły mi się w oczy dwie dziewuszki w koszulkach Rhapsody of fire, uroczo uśmiechające się do wszystkich wokół. Ogólnie rozpiętość wiekowa publiczności była spora.

Na pierwszy ogień poszła Ibridoma. Zespół mający nieco ponad 600 fanów na facebooku.
Początkowo publiczność była niemrawa, ale widać było jak zespół się stara. Tłum nieco się rozkręcił, bo i był do tego powód. Mimo, że cały czas zauważalne było to staranie się, żeby wypaść jak najlepiej, to jednak ze sceny waliła masa energii. Muzycznie wypadli całkiem w porządku. Trochę wokalista mógłby ograniczyć swoje dzikie ruchy na korzyść mocniejszego wokalu.









Następnie publiczność oczekującą na headliner rozgrzewał Elvenking. Muzycznie bardzo fajni. Również energiczni, świetne brzmienie i cudowny basista, który wymiatał na swoim instrumencie. No i przede wszystkim skrzypce elektryczne. Coś co stosunkowo rzadko spotyka się przy takiej muzyce. Publiczność rozkręciła się już bardziej, a Elvenkingów bardzo było dobre posłuchać sobie siedząc i racząc się widokiem rozentuzjazmowanego tłumu. Mały minus za makijaże, chociaż wojenne kreski na policzkach były dość oryginalne, nie powiem. Kwestia gustu.







Jednak wiadomo, kto był gwiazdą wieczoru: Rhapsody Of Fire. Sama nie wiem od czego tutaj zacząć, żeby było w miarę chronologicznie i przejrzyście. Muzyka - oczywiście najwyższy poziom. Utwory bardzo zróżnicowane, niektóre ozdobione puszczonymi baśniowymi wręcz nagraniami, niektóre bardzo mocne, szybkie, energiczne, inne chwytające za serce ballady. Bardzo fajnie wkomponowane w całość klawisze, których ja osobiście niezbyt lubię. Kolejną sprawą były solówki. Bardzo szybka i energiczna solówka perkusisty potwierdziła jedynie jego umiejętności i doświadczenie. Po niej na scenę wyszedł cały zespół wskazując na perkusistę i zachęcając publiczność do braw (z resztą niepotrzebnie, bo tłum i tak klaskał bez opamiętania). Kolejne solo, ku mojej uciesze należało do basisty. I tutaj kompletne zaskoczenie. Bo zagrał on Fugę i Toccatę. Długo zbierałam szczękę z podłogi i aktywnie włączyłam się w wiwatowanie po tym krótkim występie.
Wracając do koncertu.
Panowie wyrobili 200% normy. Wielu młodych muzyków może im zazdrościć wigoru, siły i oddania z jakim zagrali koncert. Oraz szacunek dla fanów.
Patrząc na wokalistę (Fabia), który zagadywał publiczność, zachęcał do śpiewania, gadał dużo i widać, że nie z obowiązku, mam ochotę wysłać do niego na korepetycje Jerrego Only, który na swoim koncercie zachowywał się jak panisko 'macie mnie uwielbiać, jestem legendą'. Panowie z Rhapsody właśnie przez to jak się zachowywali na scenie zyskali przede wszystkim mój szacunek. Grać kolejny z setek koncertów z sercem na dłoni, a ponadto setlista była na prawdę długa. Zaryzykuję stwierdzenie, ze to nie są 'gwiazdy' a Artyści. Tak właśnie, przez duże A.
Na koniec kilka słów o publiczności. To był jeden z lepszych tłumów jakie widziałam w życiu. Może to słowo dziwnie zabrzmi ale czuć było miłość jaką darzą zespół. Pogo, tańce (szczególnie pewnej pani), śpiewanie utworów, krzyczenie tytułów, oklaski. I to ludzi w na prawdę rożnym wieku.
Na koniec koncertu, ze sceny w tłum poszły wszystkie możliwe gadżety, nawet ktoś z technicznych wrócił na scenę z koszulką pełną kartek rozdając je fanom. Cudowny był widok ludzi, z dziecięcym uśmiechem na twarzach trzymających swoje zdobycze.






Po koncercie muzyków wszystkich trzech zespołów można było spotkać przy sklepiku, jak ja to mówię z gadżetami. Muzycy Ibridomy zaangażowani na 101% w autopromocję wciskali wszystkim ulotki, naklejki, sprzedawali płyty, koszulki, kostki i co tam jeszcze. Chociaż nie powiem, naklejkę nakleiłam na osłonę do obiektywu.
Bardziej oblegali byli muzycy Elvenkinga. Co ciekawe skrzypek mnie zapamiętał z fosy, bo gdy zapytałam o cenę ulotki/pocztówki większego formatu otrzymałam odpowiedź, ze dla fotografa za darmo i została mi podana ręka. Korzystając z okazji oddałam swoje słowne uwielbienie dla basisty, który swoje umiejętności skromnie zrzucił na 10 lat intensywnego grania. Również pochwaliłam jego koszulkę z cereal guyem.


 Potem udało mi się zrobić sobie zdjęcie z Elvenkingami, choć w planach był tylko basista.




Swoją drogą dzień później odkryłam ze Elvenking znają się z Rhyme, chociaż bardziej bym strzelała, że jeśli ktoś ma się znać to to by była Ibridoma. Za to wokalista tego zespołu znalazł mnie na facebooku i od razu zapytał o zdjęcia. To miłe ;) 


1 komentarz:

  1. Ty to zawsze się wkręcisz w zdjęcia z zespołami.

    OdpowiedzUsuń